|
|
| Witamy |
Witajcie na OFICJALNEJ STRONIE INTERNETOWEJ audycji iTjuns
|
| is coming back. |
Trochę tak, jakbym zapomniała o istnieniu tej strony. Nic bardziej mylnego. Pamiętałam o niej codziennie, w głowie układając setki artykułów, które chciałabym tu zamieścić. Brakowało czasu. Teraz też brakuje, ale w końcu to jedyne miejsce, gdzie moje muzyczne emocje mogą wylewać się w otchłań czeluści internetu i gdzie może przeczytać to każdy, kto omyłkowo wpisze, zamiast nazwy popularnego serwisu muzycznego, jego pisemne spolszczenie.
Miliony tematów które chciałam poruszyć stały się tematami przeterminowanymi, prawie tak mocno, jak nasz studencki magazyn Negatyw.
Stwierdziłam jednak, że pisanie suchych faktów nie ma najmniejszego sensu - od tego jest wikipedia. Chcąc nieco poeksperymentować muzycznie, zaczęłam moją wędrówkę po sklepach. Dorobiłam się wielu wspaniałych płyt, które światło dzienne ujrzały na przełomie września i października. Nie sposób mi o wszystkich mówić, więc powiem o jednej. Tej najwspanialszej - moim, pseudo dziennikarskim okiem. Hurts - Happiness - nie sposób przejść obok wydawnictwa obojętnie, chociaż sam vizual nie rzuca się nachalnie w oczy. Szara okładka, 2 młodych gości i zwyczajny, jakby Arialowy napis "Hurts". Czy to ma przyciągać? No właśnie chyba nie. Ma przyciągać muzyką. Zakochałam się, prawie od pierwszego usłyszenia, zupełnie jak w przypadku The XX - zresztą geniusz obydwóch ekip jest porównywalny. Wszystko zaczęło się od... sklepu z butami i słów "już przecież gdzieś to słyszałam". Słyszałam - u siebie na komputerze, zupełnym przypadkiem, pozyskując płytę, która była w propozycjach last.fm. "Wonderful Life" to utwór spełniony, po brzegi upchany perfekcją, doskonałością a przede wszystkim dorosłością. Aż ciężko uwierzyć, że to debiut anglików. Nagranie z Kyle Minogue? Nic trudniejszego - powstało Devotion, które ma dużą szanse na to, by stać się 4 singlem. Piękna sprawa, piękny debiut, piękna płyta.
Doszukałam się także moich korzeni muzyczności - o ile takie coś istnieje. Nie mówię tu o umuzykalnieniu - śpiewam marnie (kariera w chórkach już poza mną. thank's god), a na gitarze gram - "okazjonalnie". Okazja trafia się wtedy gdy do gardła trafia płyn, a w głowie szumi już tak mocno, by zdolności uderzania w struny, wcale nie przeszkadzały, a wręcz stawały się atutem. Do rzeczy. Kiedyś myślałam, że wszystko zaczęło się od klejenia plakatów Backstreet Boys i Spice Girls po ścianach, oraz maniakalnego słuchania ich na kasetach, zakupionych na pobliskim bazarze. Może to był początek. Nie zapomne jednak, gdy "wyszło" coś, co zrewolucjonizowało wtedy mojego walkmana. Wszystkie oszczędności wydałam na kasetę Darude. Rok 2000 - młode dziecko nagle usłyszało, że nie trzeba śpiewać ani grać, żeby ludzie słuchali. Tak mam do dzisiaj - uważam, że nad podziw genialne jest robienie muzyki elektronicznej. Tu nie ma mowy o improwizacji, tu o wszystkim trzeba myśleć. Nie doszłabym do tego, gdyby nie przypadkowy "shaker" moich utworów. Tak własnie mam dziś w głowie. Mocno potargane myśli. Obiecuję, że napiszę jeszcze o Hurts, o Myslovitz, o Chromeo, o kolaboracji Pezeta z Małolatem, o Abradabie i Ostrym. Może nawet znajdę czas, by zastanowić się nad fenomenem Waka Waka. Zamykając temat: nie słuchajcie nowej Shakiry, nie słuchajcie jej w ogóle. Można się załamać.
Zapomniałabym: Amanda Blank - I love You. To nie żadne wyznanie, ani żaden pop. zwyczajnie polecam płytę, bo dziewczyna ma talent. Chciałabym przeprowadzić z nią wywiad, oj chciałabym.... |
| jeśli pop to tylko Britney Spears? |
Donkeyboy to dziwny zespół. Przyznam, że bardzo ciężko przedrzeć się przez ich album, który na każdym kroku bije mnie po oczach, w sklepach muzycznych. Norweski pop? Podobno! Tylko obecnie ma to wymiar hitów z radia Eska, a "chłopiec osiołek" raczej nie ma z tym klimatem za wiele wspólnego. Co więc stanowi o ich sile - o tym, że o nich piszę, a przy okazji nie mogę obdarzyć sympatią? Trzeba przyznać im, że są nieznośnie cukierkowi, a ja teraz potrzebuję glukozy - chociażby w sensie muzycznym. Chcieli być drugim The Ting Tings, ale nie wyszło. Podczas przesłuchiwania albumu "Caught in a Life" nie mogłam zauważyć przejść pomiędzy każdym następnym utworem - wszystko zbyt podobne do siebie. Lubię ich jednak- co dziwi. Chociaż mam wrażenie, że są tak mocno przereklamowani, jak The Drumms- nie słuchajcie the Drumms.
Podobno nowa fala, indie pop - ale zastanawiam się, w ilu kombinacjach rozpocznie się odmienianie wszystkich gatunków. Ambitions daje radę. Tego posłuchajcie, reszcie - ja podziękuję. Wracam do 3xT - oni dają to, o czym norwedzy chyba zapomnieli - uśmiech i przy okazji cukierki też.
 |
| absencja |
Nawet nie mam czasu tu zaglądnąć, a co dopiero powiedzieć, że mogę zostać na dłużej i coś napisać. Ale korzystając z okazji mojego niebywałego przyrostu wiedzy z zakresu produkcji muzycznej, fonografii oraz hiszpańskiego, postanowiłam tu nieco słów wylać. Po pierwsze - obiecuję, że już nic nie zostawię "na później" - bo sytuacje się mszczą, a ja widzę to teraz idealnie, że na wszystko brakuje mi czasu, a sen to słowo które odeszło w niepamięć. Musze się zebrać w sobie - jeszcze 5 dni i mam nadzieję, że z sukcesem zamknę rozdział o nazwie "2 rok" - trzymajcie kciuki. Ja już się nie obijam, wracam do nauki. Swoją drogą, nawet nie sądziłam, że hiszpański da się jednak przyswoić - czyli nie taki wilk straszny... jak go sama namalowałam. Zapewne :) więc do "zobaczenia" we wtorek za tydzień.
Pozdrawiam wszystkich studentów, którzy podzielają w jakiejś części mój los.
 |
| nareszcie! |
W tym roku osiągnęli pełnoletniość. Oczywiście nie każdy z osobna, ponieważ nie są to młode chłopaki (ciałem, ich stan ducha dalej oscyluje w młodzieńczych latach beztroski). Obecnie siedzą w studiu i dłubią od kwietnia, 9, studyjną płytę. Każdy fan ekipy czeka na nią, od wydania poprzedniego krążka, czyli od ponad 4 lat. 8 dotychczasowych płyt przyniosło im wiele sławy, sukcesów, nagród i rozgłosu. Nie bez kozery mówi się, że to jeden z najbardziej płodnych, twórczych czy genialnych zespołów w Polsce. Dla mnie są najlepsi. Myslovitz, bo o nich mowa, właśnie w lipcu przenieśli się z nagrywaniem nowego materiału do studia, w moim rodzinnym mieście. Rojek mówi, że nagrywa im się tu bardzo dobrze, ale nie są w stanie powiedzieć na 100%, czy płyta, planowana na jesień, właśnie wtedy się ukaże. Możemy być pewni, że do końca bieżącego roku, w naszych dłoniach będziemy mogli dzierżyć nowy krążek tych geniuszy rocka.
Kocham Wojtka Powagę, kocham Artura Rojka i obawiam się, że wobec tego bandu pozostanę bezkrytyczna. Uważam, że krążek rozgrzeje wszystkich w chłodne, jesienno-zimowe wieczory i 9 płyta z kolei okaże się strzałem w 10tkę. Chcemy jeszcze? Chcemy - szczególnie, gdy wiemy, iż w przygotowaniu jest aż 18 utworów, z których pewnie koło 13, znajdzie swoje miejsce w albumie.
Chłopcy dogrywają obecnie partie wokalne, gitary zostały zrealizowane. Nad całością projektu czuwa Marcin Bors - więc możemy być spokojni o brzmienie, mastering i produkcję.
Jeśli chcecie trzymać rękę na pulsie, odwołuję do oficjalnego bloga, gdzie można śledzić, jak idzie nagrywanie materiału: www.myslovitz2010.pl
Od siebie dodam jeszcze, że trzymam kciuki, by ta płyta była tak świetna jak chociażby "Happiness is Easy" czy też "Miłość w Czasach Popkultury" - to się musi udać!
a i właśnie... macie jakiś pomysł na nazwę nowego wydawnictwa?
 |
| zaproszenie. |
Tak, może i w Polsce mamy problemy z akceptacją niektórych muzycznych "wzorców". Może nie do końca jesteśmy w stanie odebrać tych gatunków muzyki, które wymagają więcej zaangażowania. Możliwe także, że Polacy nie mają gustu. Że my nie mamy gustu - chociaż generalizowanie w tym przypadku jest jak kulą w płot. Jednakże są momenty, gdzie należy się uśmiechnąć. Bo w końcu mamy już Don't Panic czy też Poka Poka - projekty, które mają w zamyśle trafiać do młodych odbiorców, ale zapewne znajdą też zwolenników wśród starszych fanów dobrych, mniej komercyjnych brzmień. Koperta kulturalna, bo właśnie tym są wyżej wymienione pozycje, to nic innego, jak wypełniony po brzeżki informator kulturalny. Tego nam brakowało, więc trzymajcie się zdrowo i oby obydwa wydawnictwa rozrosły się do rozmiaru wielkich potęg. Wtedy będzie wiadomo, że to ma sens, że mam jakiś dobry zawód, a nie jestem tylko niespełnionym graczem, na malutkim, przydomowym boisku.
Chcąc pełnić rolę informatora takiego jak Ci na górze, stanowczo ogłaszam, że będzie piękny dzień, w trakcie którego, czas musicie rezerwować na pewien koncert. Ja tam będę i napiszę relację, ale nie zwalniam was z (przymusowej) obecności.
Szczegóły:
Festiwal NowoBrzmienia – to idea wydarzenia muzycznego promującego alternatywnych artystów tworzących muzykę opartą na elektronice, a stylistycznie oscylującą pomiędzy trip hopem i jazzem przez breakbeat, hip hop aż po electro i avant pop włącznie. NowoBrzmienia to już 3cia edycja organizowanego na dwóch scenach kilkugodzinnego koncertu z muzyką non stop.
Festiwal odbędzie się w dniach 8-9 października 2010 we Wrocławiu w Klubie Włodkowica 21 (ul. Włodkowica 21).
Plan Koncertów:
Pt: Układ SI, Hellow Dog, Pink Freud
Sob: Kofi, We call it a sound, DeadBeat
Ceny Biletów: 15 zł /norm/, 10 zł /studenci/
Godz. rozpoczęcia koncertów: 20:00
Organizator: Wrocławski Klub FORMATY
strona www festiwalu:
Link
Sylwetki artystów:
DEADBEAT
Deadbeat to Scott Monteitha, długoletni mieszkaniec Montrealu ostatnio osiadły w Berlinie, który swoją specjalną mieszankę dub'u z elementami minimalu wydaje od 2000 r. dla takich wytwórni, jak Cynosure, Scape czy Wagon Repair - żeby wymienić tylko kilka z nich. Jego twórczość spotkała się z uznaniem wielu krytyków z wiodących w branży muzycznej mediów a on sam jest regularnie zaproszany na wiele znanych i cenionych festiwali, m.in.: Sonar w Barcelonie, Berlińskie Transmediale, Mutek w Montrealu. Jest fascynatem nowoczysnych technologii, szczególnie tych używanych na bazie muzyki. Jego wiedza w tym zakresie wielokrotnie została doceniona zaproszeniami na różnego rodzaju eventy w roli mentora /jednym z nich jest np Red Bull Academy 2007 w Melbourne/. Jego muzyka to podróż przez house, tehcno i dancehall do niezwykle cieżkiego Dub'u zawszwe w poszukiwaniu niepowtarzalnego brzmienia "zero-jedynek".
PINK FREUD
Jeden z najoryginalniejszych głosów we współczesnym jazzie i nie tylko. Tworzą energetyczną, spontaniczną muzykę improwizowaną, bogatą formalnie, wielostrukturową, ewolucyjną, intrygującą brzmieniowo. Bogate formalnie kompozycje, nowoczesne elektroniczne brzmienia, nie odbierają jednocześnie muzykom miejsca na indywidualizm i szalone, odważne improwizacje. Muzyka ta łączy w sobie ducha muzyki lat 60. i 70. z nowoczesnością, eksplozję nowej wrażliwości z lekturą starych płyt. Preparowanie instrumentów, wykorzystanie elektronicznego asortymentu, konstruowanie bogatych narracji, stały się jednymi z cech wyróżniających muzykę formacji, a poczucie humoru i dystans do generowanych przez siebie dźwięków stały się składową rozpoznawalnego stylu Pink Freud. Zespół zasłynął także ze wspaniałych interpretacji tradycyjnych fraz - „Come As You Are” Nirvany i „My Man’s Gone Now” G. Gershwina. W tym roku, w składzie Wojtek Mazolewski – bass, Adam Baron – trąbka, Tomek Duda – saxofon, Jerzy Rogiewicz – perkusja zespół wydał płytę „Monster of jazz”, którą promując zagrał na wszystkich najważniejszych festiwalach w Polsce.
WE CALL IT A SOUND
Zespół We Call It a Sound powstał jesienią roku 2007. Jego struktura uformowała się dosyć instynktownie, bez planowego wykluczania bądź wdrażania poszczególnych elementów. Także stylistyka wykształciła się na bazie eksplorowania spontanicznych pomysłów, raczej bez jasno wytyczonej wizji co, i jak grać. Czwórka przyjaciół z Wolsztyna skupiła się na tworzeniu dźwięków, których nie słyszeli dotąd nigdzie indziej i właśnie kryterium nowatorskiej wyjątkowości stało się jedynym artystycznym ograniczeniem grupy. Bogate instrumentarium przepleciono sporą dawką elektroniki osadzając to wszystko w łagodnym, stonowanym klimacie. Mariaż brzmieniowych eksperymentów z niekonwencjonalnie budowanymi piosenkami do dziś nie został celnie umiejscowiony w żadnej szufladce, co zespół ceni sobie nad wyraz. W czerwcu 2009 zespół We Call It a Sound został laureatem programu/konkursu Coke Live Fresh Noise pokonując kilkaset grup z całego kraju. 27 kwietnia, nakładem wytwórni Ampersand Records, do sklepów trafił pełnoprawny debiut grupy zatytułowany "Animated". Płytę zarejestrowano podczas całomiesięcznej sesji w studiu Electric Eye, zmasterowano w legendarnym amerykańskim studio West West Side. Na album składa się 10 kompozycji, zamkniętych w 40 minutach muzyki, entuzjastycznie przyjętych przez krajowe media. Grupa promowała album koncertami w największych polskich miastach oraz zarejestrowała sesję w audycji "Przesłuchanie" Tomasza Kina w radiu Roxy FM. Zespół grał m.in. na takich festiwalach jak Heineken Open'er Festival, Off Festival, Coke Live Music Festival czy Slot Art Festival.
HELLOW DOG
Hellow Dog gra Neuro'n'Roll. To oryginalne określenie zostało wymyślone przez samych artystów. Silna emocja i charakter muzyki wyraźnie sugeruje upodobanie zespołu do łączenia różnych, często skrajnych środków muzycznych dla uzyskania wyszukanego efektu.Już w samej nazwie kryje się konflikt, ale równie dobrze najczystsza intencja. Hellow Dog czyli grupa kotów wita psa. W muzyce i scenicznym żywiole przekłada się to na łączenie w jedno spontaniczności z konkretnymi aranżacjami, dzikiej emocji z regularnym rytmem, pokręconych bitów elektronicznych z oszczędną, szorstką gitarą. "Ejtisowa" estrada mieni się w tanecznej i psychodelicznej poświacie, a punkowa energia ubrana jest w brokatową kieckę. Jest tanecznie, jest lirycznie, drapieżnie i refleksyjnie, popowo i alternatywnie.
Hellow Dog - ekstrawertycznie skupiony, osobny, spastykujący, roztańczony Neuro'n'Roll.
Zespół regularnie koncertuje, a na ten rok zapowiada pojawienie się debiutanckiego krążka. W listopadzie 2009 ich piosenka "Got 2 Kill This Dog" skomponowana wspólnie z CKOD miała swoją premierę w OFFensywie by w chwilę później stać się piosenką dnia na antenie PR Trójka. W marcu 2010 premierę miał również teledysk do tego utworu autorstwa Balbiny Bruszewskiej, laureatki m.in. Yach Grand Prix 2008. W studiu im. A. Osieckiej zagrali bardzo ciepło przyjętą Offsesje w audycji Piotra Stelmacha. Hellow Dog został wyróźniony spośród 12. finalistów tegorocznego Jarocin Festiwal za "ciekawe, nowoczesne brzmienie", zagrał również na Selector Festival 2010 w Krakowie.
UKŁAD SI
Układ S.I. tworzy muzykę eksperymentalną. Zdekonstruowany rap-jazz elektronicznie-gitarowy. Zespół na koncie zwycięstwa dwóch festiwali muzycznych (Freestylezz Festiwal i VI Wrocławski Festiwal From Muzycznych) i notoryczny niedosyt koncertowy. Grał min. na Punk Pikniku, w eleminacjach Przeglądu Piosenki Aktorskiej, na rejsie czy gimnazjalnej imprezie. Przez kilka lat publicznej autoprezentacji wykluł się wycinankowy styl formacji: zaprogramowane sekwencje sklejone z abstakcyjną improwizacją. Skrzyżowanie rzeczywistości z fikcją. S.I. to instrumentalno-wokalny trójkąt nieforemny o dystansie do definicji, miary i decyzji. Autor wielu doskonale znanych przebojów, ale najbliższym koncercie zaprezentuje kilka nowych kompozycji.
KOFI
Kofi się powstało, a także osiągnąwszy pułap udobruchali się nawzajem pożegnawszy ubiegły (k)rok. Spadek spadochronu przy wietrze osikowym spowodował trzęsienia poruszając tym samym do pracy gardłoziewy i tekstopisy z pewną dozą okraszenia okruchami drgań z talerza, zaszarpnięć i przycisknięć, w mocnym podmuchu wybrzuchów głośników i cichoników. Z tym że aczkolwiek, a jednak cichoniki, pozamykane w sobie, splombowane i przytknięte, ciuchutko zabiegają w środku, głośniki zaś wyolbrzymione nieco zalatują wręcz, pozbawiając słuchacza zwianego z głowy przy nagraniu… Przyjść należy i posłuchawszy, a wtedy wszystko pojąwszy.
Jeśli nie przekonają was powyższe opisy występujących ekip, to niech przekona was to, że napijemy się piwa i posłuchamy tam naprawdę dobrej muzyki w doborowym towarzystwie :)
 |
| Nieszablonowy |
W zamyśle prowadzenia tej strony, zawsze miałam poruszanie kwestii, które są związane jedynie ze sferą informacyjną. Jednak w dobie mody na blogi "młodych, zdolnych" (jakkolwiek uznając się jedynie za młodą), postanowiłam dodać coś od siebie. Coś, co odziera mnie, w jakimś sensie z prywatności i tajemniczości.
Zawsze, gdy słucham muzyki, zostawiam sobie bramkę bezpieczeństwa. Możliwość ucieczki w inne, nieznane mi dotąd rejony. Nie sądziłam jednak, że kiedykolwiek, wędrując ku tym rejonom stwierdzę, że coś, co tworzyło moją muzyczną otoczkę, pójdzie w niepamięć, lub to wręcz znienawidzę. Nie mówię tu o czasach, gdy w moim pokoju królowały na półkach kasety Backstreet Boys, a ściany ulegały plakatom Spice Girls.
Tym razem to już cięższa sprawa, taka, o którą być może nikt by mnie nie podejrzewał, ale tak, w końcu to powiem: nie lubię Armina. Za to co zrobił dla muzyki w tym roku, obecnie należy mu się kara śmierci - oczywiście tej muzycznej śmierci. Albo chociażby banicja. W latach 2002 - 2007, ten młody, uzdolniony chłopak, był w stanie zamieszać w głowach, wydając "76" i "Shivers" a każdy myślał, że tak już zostanie na zawsze. Jednak nic nie trwa wiecznie. Po premierze płyty "Imagine" pewne stało się, że van Buuren, zalicza tendencję spadkową. Kiedy w czerwcu 2010 roku, wiadomo już było, że szykuje on kolejną muzyczną niespodziankę, w postaci longplaya złożonego jedynie ze swoich nagrań, wiele osób zaczęło się łudzić, że to będzie swoiste odrodzenie króla transu. Być może, że to jest odrodzenie, ale ja już dziś, ponad tydzień przed premierą Mirage, śmiem powiedzieć, że król umarł, już chyba na wieki. Powtórzę słowa jednej z osób z mojego otoczenia "... dlatego cieszę się, że moi ulubieni artyści już nic nie nagrywają, bo "trzeba wiedzieć kiedy, ze sceny zejść, niepokonanym"
Jaka szkoda, że Arminowi jeszcze nikt tego nie powiedział. Szkoda czasu, szkoda pieniędzy, a przede wszystkim uszu, na słuchanie tego... czegoś. Pop. Czysty pop dla fanek Biebera, Lady Gagi czy Katy Perry (do tej ostatniej nic nie mam).
Umarł król, niech żyje król. Tylko kto teraz? Ja tymczasem zwracam się w stronę dubu, drumm n' basu, big beatu i elektroniki - bo tak lepiej. Sub Focus - NIECH ŻYJE KRÓL!
ps. jak zawsze, ktoś może się ze mną nie zgadzać. Doceniam to :)
 |
| Deszczowa przerwa. |
Z przyczyn ode mnie zupełnie niezależnych, dzisiejsza, tj 31.08.2010 roku, Audycja zostaje przesunięta. Przepraszam wszystkich, a szczególnie oczekujących sporej dawki muzyki oraz informacji na muzyczne tematy (i nie tylko ;))
Ponawiam prośbę o oddanie głosu na wakacyjny hit roku! Przypominam oczywiście o konkursie na recenzję! ;)
Wieczorem możecie liczyć na specjalny wpis - podsumowujący audycję sprzed tygodnia!
 |
| Wydanie specjalne |
Powracam po przerwie. Zapraszam na specjalne, poCoke'owe wydanie audycji iTjuns - nieco inny czas nadawania, bo w środę o godzinie 20:00.
A poniżej tej wiadomości przeczytać możecie recenzję z pierwszego dnia Coke Live Music Festivl. Zapraszam już 25.08.2010 - 20:00. Coke Live iTjuns! |
| COKE LIVE MUSIC FESTIVAL - RECENZJA |
Fest - In - All
Gdy pół roku temu zaczęły się pierwsze spekulacje na temat artystów, występujących na Coke Live Music Festival, nikt nie przypuszczał, ze skład, który w tym roku nawiedzi Kraków, będzie tak wyśmienity i różnorodny.
Ale od początku. Po co właściwie jechać na masowy koncert, okraszony muzyką wpisaną w konsumpcyjną konwencję? Jeśli nie dla muzyki, warto to zrobić dla samego miasta. Jeśli jeszcze nie byłeś/ nie byłaś w Krakowie, nie czytaj tej recenzji dalej - pakuj się i jedź.
Tu zaczyna się drobny problem - dojechać do Krakowa, to wcale nie przyjemność, chyba, że masz na tyle funduszy, że stać Cię na podróż autem. Pociągiem może nie jest najwygodniej, czy najszybciej, ale wspomnienia pozostają. Tak więc po szybkim dotarciu do Katowic i mniej szybkim pokonaniu trasy pomiędzy owym miastem, a miastem docelowym, jesteśmy na miejscu. Owszem, byłam tam pierwszy raz. No dobrze, nie pierwszy, ale nigdy nie dane mi było tak naprawdę, podziwiać uroku tego miejsca. Szczerze, jest co, bo stolicę małopolski nie można przyrównać do żadnego polskiego miasta - ba, pokusiłabym się o stwierdzenie, że w europie nie ma takiej metropolii, która jest podobna właśnie do naszej perełki.
Po chwilowym otrząśnięciu się z szoku, zabieram się za rekonesans - zwiedzanie miasta, zwiedzanie sklepów i odwiedziny tych miejsc, które dla dziennikarza muzycznego są rzeczą świętą - sklepów z płytami. Dobrze, że tym razem zdobyłam się na opanowanie i skończyło się jedynie na zakupie biletu na omawiany przeze mnie festival.
Długo się wahałam, czy jechać czy nie, bo w końcu co to za przyjemność w jeden dzień zrobić 600 kilometrów, postać 10 godzin wśród tłumu ludzi, posłuchać zespołów, które owszem, lubię, ale nie są one w mojej czołówce faworytów. Gdzie magia? Odpowiedź jest banalna: magia tkwi w szczegółach: ludzie, otoczenie, atmosfera, pogoda, miejsce - niby trywialne, ale trafne. Okej, bilet w plecaku, czas odnaleźć miejsce przeznaczenia: muzeum lotnictwa polskiego. "Podążaj za tłumem" - w tym przypadku sprawdzało się to idealnie, gdyż ten tłum mógł każdego zaprowadzić na miejsce festiwalu. Gorzej było z samą komunikacją, szczególnie po południu, bo już na wieczór, kiedy wszystko pomału dobiegało końca, autobusy, jeden za drugim podjeżdżały, by zawieźć uczestników imprezy pod dworzec.
Pierwsze oględziny - bardzo żałowałam, że w zeszłym roku nie dane mi było być na CLMF - cóż, takie życie studenta - nie zawsze na wszystko jest, nie zawsze na wszystko wystarcza. Pokusiłam się w tym roku, po długim zastanowieniu, ale pomyślałam - recenzja tego wydarzenia, to będzie coś. Skrzętnie notowałam w głowie informacje dotyczące lokalizacji, czasu występu, jednak to okazało się zbyteczne, organizator świetnie zadbał o to, by festivalowicz się zgubił się w gąszczu stoisk i ludzi przede wszystkim. Każdy kto wchodził na teren koncertu, dostawał bransoletkę - zgodną z ilością dni przebywania na Coke'u - ja wymieniłam swój bilet na bransoletkę jednodniową, ponieważ sprawy zawodowe nie pozwoliły mi zostać tam dłużej. Od samego początku tego żałowałam, jak się okazało później, teraz żałuję jeszcze mocniej. Po otrzymaniu "znacznika" na rękę, każdy gość dostawał także smycz od sponsora na której zawieszona była broszurka, z najważniejszymi informacjami i tu właśnie zanotowałam olbrzymi, pierwszy plus. Nie ostatni, całe szczęście. Procedura mijania bramek szła wyjątkowo sprawnie: tu pan zeskanował mi bilet, w poszukiwaniu podrobionych wejściówek, tam "oznakowali" nas wspomnianymi już wyżej bransoletkami, później jeszcze depozyt, oczywiście nieobowiązkowy, ale jednak przydatny i na końcu tej "ścieżki zdrowia" - rewizja osobista - brzmiało i wyglądało dość groźnie, ale odbyło się bez incydentów, przynajmniej z mojej strony.
Bramki minięte, jesteśmy u stóp festiwalowego pola, więc co dalej?
Przydałoby się spróbować czy piwo tym razem nie jest rozcieńczone z wodą, ale jak na każdym festivalu bywa, "śmiertelnicze" pieniądze, trzeba było wymienić na Coke'owe bony, później można było już tylko szaleć - piwo, napoje bezalkoholowe, duży wybór smakołyków, oraz sklep z "pamiątkami"- koszulkami gwiazd oraz z oficjalnym shirtem festu.
Jak na przeciętną kieszeń studenta - bo z tej perspektywy analizuję mój wypad, drogo, ale raz w roku można poszaleć i nadwyrężyć budżet. Najwyżej przez następny miesiąc nic nie będę jeść. Strona cielesna zaspokojona - piwo całkiem słuszne, czas udać się przed scenę -
centralne miejsce pola, niezbyt wielka, nieszczególnie przystrojona, ale to chyba było najmniej istotne.
Był piątek, upalne popołudnie, delikatny wiatr a wszyscy oczekiwali aż pierwsze dźwięki wydobędą się z głośników a zrobili to członkowie zespołu Sofa - ni to pop, nic to rock, ni to funk, ni to hip hop. Czyli co? Bez klasyfikacji, bez szału, bez szumu medialnego? Skądże - charyzma wokalisty i jednocześnie frontmena, pozwoliła rozgrzać się publice jeszcze bardziej! Tylko ta wokalistka jakby z innego świata, jakby nie z takim głosem, jakby... jakby była beznadziejna, ale to jedyny minus Sofy tego popołudnia. Przyznam, że nie znałam tego zespołu wcześniej, nie orientowałam się w ich dokonaniach, ale teraz chętnie wezmę w dłoń ich album i w domowym zaciszu oddam się muzycznej relaksacji. Kiedy Sofa, po ciepło przyjętym występie zapowiedziała następnego wykonawcę, pod sceną zaczęło robić się mocno tłoczno. Ale oczywiście, ja muszę być z przodu, muszę zobaczyć czym zachwycają się fanki Pharrella Wiliamsa. N.E.R.D, bo o nich mowa dali popis umiejętności wokalnych, muzycznych i scenicznych razem, a wspomniany wcześniej Pharrell, tak mocno wszedł w psychikę słuchaczy, że zdołał rozebrać wielki tłum zgromadzony pod jego stopami. Brawo! Zabrzmiało potężne "Provider" i "Spaz", ale do czerwoności publikę rozgrzały takie utwory jak "She wants to move", "Hot n' Fun" i "Party People", a w szczególności piosenki z repertuaru Snoop Dogga: "Beatuful" i "Drop It Like It's Hot". Występ godny mistrzów, jednakże dla mnie pozostał niedosyt, bo tak bardzo chciałam usłyszeć "Things are Getting Better". Być może podczas następnego koncertu wplotą ten wakacyjny hit w set listę.
Co by nie było, postawili oni niezwykle wysoko poprzeczkę dla następnego zespołu - niekwestionowanej gwiazdy wieczoru.
Już przy samym strojeniu zespołu, pod sceną panował szał:
dziewczyny krzyczały, skandowały imię wokalisty, jakby starając się zagłuszyć ich akustyka. Po chwili tych krzyków nastąpiła wiekopomna chwila:
panie i panowie, po raz pierwszy w Polsce: 30 Seconds To Mars! Pisk dziewczyn zagłuszył pierwsze takty piosenki "Escape". Przyznam szczerze, że byłam mocno uprzedzona do tego występu - spodziewałam się raczej okropnej klapy niż czegoś, co będzie dobre.
Skąd taki wniosek? Usłyszałam kilka koncertowych wersji, dobrych kawałków z płyty i się zwyczajnie przeraziłam. Tym razem Jared Leto może i nie wyciągał wszystkich końcówek, zdarzały mu się fałszywe wersy, czy też niewyśpiewane elementy, ale szczerze mówiąc odeszło to w niepamięć. Początkowo skrzętnie notowałam wszystkie tytuły granych piosenek, podpierając się o wiedzę mojego eksperta, jednak gdy emocje dały o sobie znać, zapomniałam kompletnie o dziennikarskich obowiązkach - notatkach, plusach i minusach. Przez całe ciało przechodziły ciarki - nie tyle pod wpływem wokalisty, który zupełnie nie jest w moim guście (tu pewnie jestem w mniejszości, sądząc po ilości koszulek z podobizną Leto, noszonych przez damską część publiczności). Owe dreszcze spowodowane były bijącą ze sceny magią, którą ciężko pojąć, jeśli się tego nie widziało. Fakt, może za dużo dymu generowały przetwornice, ale nie od dziś wiadomo, że ma to jeden cel: uniemożliwić robienie poprawnych i wyraźnych zdjęć. Co było nieco dziwnym posunięciem, bo przecież na teren imprezy nie sposób było wnieść innego aparatu, niż o rozdzielczości matrycy, większej niż 5mpx, a już sam ten fakt ograniczał możliwości wszystkich amatorów pstrykania fotografii.
Muzycy robili wszystko, by polska publiczność poczuła się jak w niebie. I sądzę,
że udało się to, wszak Jared jest przecież aktorem, więc socjotechniczne sztuczki, nie są mu obce.
Było cudownie, do momentu gdy zespół nie zdecydował się na zagranie piosenki od której zaczęła się moja historia z 30 seconds to mars. The Kill początkowo zabrzmiał w wersji akustycznej, by przerodzić się w coś, co w dzisiejszych czasach nazywa się "epickim urywaniem" - swoisty miód dla duszy!
Nie chcę się obnażać, mówić, co ze mną się wtedy działo, ale tak, pociekły mi łzy po policzkach i zupełnie tego nie rozumiem. Ciągle wspominam ten występ i nie mogę wyjść z podziwu, że zespół tak cudownie zaczarował Kraków. Zaczarował jeszcze jednym zdaniem: "wrócimy do Polski jeszcze w tym roku, w grudniu" - szaleństwo i spełnienie w 100%.
Na koniec, niespodzianka:
wokalista wyłowił całkiem pokaźną grupę fanów, stojącą pod sceną i zaprosił ich na wspólne odśpiewanie utworu "Kings And Queens" - pomimo, że nie było mnie na miejscu tych szczęśliwców, uradowało mnie to do granic możliwości.
Utwory z nowej płyty jak i z 2 poprzednich dały przekrój całej twórczości chłopców z Ameryki. Plus? Nie, nie dam plusa: dam trzy albo nawet 33 plusy. Tak, właśnie zatracam się w obiektywizmie.
Możecie spodziewać się recenzji kolejnego koncertu "Trzydziestu Sekund Do Marsa" (angielska nazwa brzmi znacznie lepiej). Na pewno zjawię się tam,
gdziekolwiek nie zjawi się grupa.
Zrobiło się chłodno, po głośnych owacjach, emocje zaczęły opadać, przemyślenia zostały w głowie, a my oczekiwaliśmy na występ ostatniej gwiazdy - kilka minut po 11, po zmianie dekoracji, na podniesieniu pojawiło się 2 panów i sporych gabarytów, konsoleta dj-ska - czas na elektroniczną część wieczoru. The Chemical Brothers, na świecie stali się już legendą - ich utwory "Hey Boy, Hey Girl" czy "Galvanize", utrzymywały się na szczytach list przebojów, przez wiele tygodni. Panowie dali świetny popis umiejętności - 1.5 godziny tłustych, elektronicznych rytmów, nie tylko dla fanów takich dźwięków, bowiem przede mną bawiło się bez mała 10 tysięcy osób - tańczyli, komentowali i wiedzieli, że ten dzień festiwalu, zakończy się tak dobrze, jak się rozpoczął. Nie sposób też pominąć wizualizacji, które dopełniły ostatni liveact didżejów z Wielkiej Brytanii. Tak oto powoli dobiegł pierwszy dzień Coke Live Festival.
Niektórym, tak jak mnie, przyszło wrócić do domu już w nocy, a raczej wczesnym rankiem, ale obiecuję sobie, że w przyszłym roku, ktokolwiek by nie zagrał, stawię się na polach muzeum lotnictwa, na całe 2 dni.
Właśnie zamawiam koszulkę 30 seconds to mars, a podobno nigdy nie ogarnia mnie mania jednego zespołu. Dobrze, jestem niewyspana, to na pewno wina właśnie tego czynnika.
Bawcie się dobrze, na Muse i Panic! At The Disco.
Pozostaje mi już tylko końcowa ocena pierwszego dnia: 6/6 - Arcydzieło.
Tak, nie wiem co się dzieje z moim powszechnie znanym krytycyzmem, ale to nieważne. Ważne, że wrócę tam za rok. Dla festiwalu i dla Krakowa.
ps. wybaczcie złe łamanie tekstu, ale inaczej być nie może. miłego czytania! ;)
Iwona Ressel
 |
| GŁOSUJ! ;) |
JUŻ OD DZIŚ MOŻNA WYBIERAĆ HITY WAKACJI, NA SPECJALNĄ LISTĘ PRZEBOJÓW ITJUNS! WYSTARCZY ZAZNACZYĆ WYBRANY HIT, KLIKAJĄC PÓŹNIEJ NA ZAGŁOSUJ - WSZYSTKIE GŁOSY, PO PRZELICZENIU BĘDĄ STANOWIĆ TOP 20 PRZEBOJÓW LISTY!
o godzinie i dniu, gdy będziecie mogli posłuchać wybranej przez siebie 20 hitów, poinformuję już wkrótce. Tymczasem miłego głosowania!
Oczywiście możecie także podsyłać swoje typy na TOP LISTĘ ITJUNS!
ps. Już niedługo w dziale download pojawią się hity wakacyjnej 20stki, do waszego odsłuchu! Przypominam także o konkursie na recenzję, gdzie do wygrania są aż 2 płyty!
 |
| Techniczna przerwa |
Pomimo szczerych chęci, poprowadzenia dzisiejszej, nieco innej audycji, na chęciach się niestety skończy, ponieważ napotkały nas drobne błędy techniczne, za które z góry przepraszamy. W czasie naprawiania awarii, postaram się dostarczyć wszystkim, materiały, z którymi zalegam już od 2 tygodni: wreszcie ruszy sonda na najlepszy wakacyjny HIT. Oczekujcie nowych postów na stronie oraz informacji "co i jak'.
Zapraszam, mam nadzieje za tydzień, we wtorek o 19:00.
ps. OGŁASZAM KONKURS - NAPISZ RECENZJĘ NAJLEPSZEJ (WG. CIEBIE) PŁYTY ROKU 2010! DO WYGRANIA PŁYTA CD! Warto wziąć udział w konkursie - najlepsza recenzja znajdzie się również na stronie muzycznie.npx.pl oraz na stronie radiobit.dswe.pl
a na tym nie koniec: zostanie ona również przeczytana na audycji! Zapraszam do wzięcia udziału w konkursie!
Recenzje można wysyłać na adres itjuns@op.pl
 |
|
| Logowanie |
Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem? Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.
Zapomniane hasło? Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
|
|